Znowu miała napad.
Kiedy tylko Cornelia Gray usłyszała krzyki
i trzaski nad sobą, odrzuciła gazetę kucharską, z której uczyła się właśnie jak
zrobić zapiekankę z ziemniaków i kalafiora i ruszyła biegiem po schodach.
Przyparła do drzwi i nadusiła klamkę z całych sił. Z żalem zauważyła, że pokój był
zamknięty na klucz. Szarpała się z drzwiami, kiedy pod mocnym naporem, w końcu
dały za wygraną.
Jej córka wiła się i rzucała na ogromnym
łożu. Baldahim leżał kilka metrów dalej cały poszarpany. Annabeth wykrzykiwała
słowa z taką siłą, że matka przeraziła się, że rozszarpie sobie gardło. Oczy
córki zwróciły się w jej stronę, ale zdawały się jej nie zauważać. Widząc
bladą, spoconą i rozgniewaną twarz córki pani Gray westchnęła bezradnie i
oparła się o framugę. Zakręciło jej się w głowie. Patrzyła, jak córka mówi w
nieznanym jej języku, kiedy rzuciła się na nią i ciężarem przygwoździła do
łóżka. Wiedziała, że ona cierpi, ale nie mogła zrobić nic innego.
Usłyszała, że ktoś również podchodzi do
łóżka. Nie patrząc na tę osobę, wiedziała, że to jej mąż, Brandon Gray.
Przyszpilił dłonie i nogi Annabeth w ułamku sekundy, zaraz po tym, gdy ona
napięła mięśnie i zrzuciła z siebie matkę, która wylądowała na miękkim dywanie.
Dziewczyna mocno się szarpała, ale nie był to jej najgorszy atak, więc ojciec,
z trudem, ale zdołał ją przytrzymać. Jego smutne oczy odnalazły wzrok pani Gray
i potaknął głową. Ona wiedziała o co chodzi. Mąż zadzwonił już po tego starego
doktora McCartneya. Cornelia zauważyła za okularami Brandona łzy, które cudem
jeszcze nie wypłynęły. Ona sama czuła się okropnie. Zasłoniła łokciem twarz,
nie lubiła, gdy ktoś widział jej słabość. Była dość powściągliwa, nawet jeśli
chodzi o własną córkę i męża.
Wyszła z sypialni, z trudem ignorując
diabelskie lamenty.
Gdy usłyszała głośne pukanie do drzwi,
odsunęła kciuka od ust i spojrzała na korytarz. Z palca płynęła jej krew, takim
samym strumieniem, jak łzy na policzku. Nie troszczyła już się nawet, żeby je
ukryć. Po prostu wstała i wyszła. Za szklanym okienkiem w drzwiach frontowych
zauważyła doktora McCartneya. Gdy ten pochwycił jej wzrok, uśmiechnął się,
próbując dodać jej otuchy, ale ona tylko beznamiętnie się w niego wpatrywała. Zrezygnował
więc z dalszych prób i spuścił głowę. Pani Gray chwyciła za klamkę i jednym
ruchem otworzyła drzwi. Doktor westchnął i bez słowa ruszył na górę. Od
bardzo dawna już się tak komunikowali.
Bez słów. Były one im niepotrzebne, zbędne w ich relacjach. Cornelia poszła za
nim.
Doktor zapukał lekko do drzwi. Nie
otrzymał sygnału z drugiej strony, więc zrobił to jeszcze raz mocniej. Pani
Gray przewróciła oczami. Wiedziała, że doktor stara się, żeby w takich
momentach Annabeth zachowała resztki godności, żeby pokazać, że jest w
porządku, ale to było bezsensu. Wiedziała to ona, wiedział to jej mąż i wiedział
to sam doktor. W tamtej chwili potrzebny
był czas, a doktor marnował go na pukanie, wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi.
Cornelia otworzyła drzwi szarpnięciem i
prawie wbiegła do pokoju. Jej mąż siedział na krześle przy drzwiach, ciężko
oddychając, zlany potem, a córka kuliła się w kącie naprzeciwko. Jej falowane,
prawie czarne włosy były poczochrane, oczy, w które nie dało się nawet patrzeć,
przepełniało szaleństwo, a szczęka mocno ściśnięta. Ubranie zwisało z jej
chudego ciała, a jeszcze kilka lat temu dziewczyna miała nadwagę. Nie była
gruba, ale też nie chuda. Teraz można było grać na jej kościach.
-
Annabeth? – Zaczął powoli doktor McCartney, chowając zapłakaną Cornelię za
swoimi plecami. – Wiem, że tam jesteś. Pozwól sobie pomóc.
Dziewczyna charczała i wpatrywała się w
niego złowieszczo, że każdy normalny człowiek już dawno by uciekł. Jednak
doktor McCartney nie był normalny. Czekał przed nią, zachęcająco wyciągając
rękę. Annabeth przeniosła wzrok z jego twarzy na dłoń i z powrotem w oczy. Warknęła
i rzuciła się w kierunku doktora, który w ostatniej chwili odskoczył z cichym
okrzykiem. Dziewczyna wpadła w objęcia ojca, wijąc się szałaputnie, drapiąc i
powarkując. On ją przytrzymał, a zaraz obok zjawił się doktor pomagając
Brandonowi. Ułożyli ją na łóżku i przytrzymali. McCartney podbiegł do swojej
skórzanej torby, otworzył ją i wyciągnął długą strzykawkę z płynem nasennym.
Chwycił Annabeth za nadgarstek, wykręcił jej rękę i wbił igłę, jakby to było
zwykłe pobranie krwi. Jeszcze przez chwilę się rzucała, a zaraz potem zupełnie
odpłynęła, powoli opadając na poduszkę. Brandon i McCartney wyprostowali się
niemalże w tej samej chwili i spojrzeli na panię Gray, która otarła pot z czoła
i ciężko usiadła.
-
Wiedzą państwo, że teraz muszę przeprowadzić trudne badanie, więc proszę o
opuszczenie jej sypialni – powiedział doktor ze spokojem, który zaniepokoiłby
tylko szaleńca. Państwo Gray potaknęli i wyszli, trzymając się, jakby zwykły
dotyk mógł wszystko naprawić. McCartmey zamknął lekko za nimi drzwi.
-
Pani Gray! – Cornelia otworzyła oczy. Cała ta sytuacja tak ją zmęczyła, że
zasnęła na kolanach męża, który nieprzytomnie wpatrywał się w jakiś punkt w
pokoju i gładził jej włosy. Kobieta położyła mu dłoń na ramieniu i podniosła
się trochę. – Już można! – Usłyszała głos z piętra i zerwała się.
-
Dziękujemy doktorze McCartney – powiedziała pani Gray, patrząc na córkę, leżącą
na prawym boku w rogu łóżku, odwrócona do nich plecami.
-
To moja praca – odpowiedział, zapinając torbę. – Rozliczymy się pod koniec
miesiąca.
Pani Gray pokiwała głową i uklękła przed
łóżkiem. Usłyszała, że doktor wychodzi, więc położyła delikatnie dłoń na
plecach córki.
-
Hej, kochanie – zaczęła łagodnie. – Już wszystko w porządku. Niedługo
wyzdrowiejesz i wszystko będzie w porządku – westchnęła. – Chciałabyś zostać
sama? – Nie dostała odpowiedzi, więc podniosła się – zostawię cię. Jak
poczujesz się lepiej możesz zejść do mnie i do ojca na dół.
Annabeth momentalnie się odwróciła.
Przeszyła matkę wystraszonym wzrokiem i chwyciła za koszulkę, ciągnąc do
siebie. Pani Gray jęknęła i uczepiła się ręki córki, próbując oswobodzić się z
jej uścisku.
-
Mamo – szepnęła Annabeth. W jej głosie słychać było ogromny strach, ale zluźniła
nieco uścisk. – Mamo, on robi coś złego. Nie pozwól mu tu więcej przychodzić,
on robi… On jest zły… Zły. Mamo… Mamo! Boję się. Proszę, nie wpuszczaj go.
Zostań ze mną. Mamo!
Pani Gray zrobiła wielkie oczy. Jej
dwudziestoletnia córka tylko raz w życiu tak się zachowywała. Gdy zachorowała.
Gdy miała swój pierwszy napad.
-
Kto? O kogo chodzi?
-
Mamo, boję się. On jest zły! – Jej wzrok latał po pokoju, jakby rozglądała się
w szybkim tempie. Nawet się trzęsła. – Kto? Doktor McCartney.
-
Anna… Annabeth… - Pani Gray próbowała dobrać słowa. – Doktor McCartney stara ci
się pomóc. Co złego planuje?
-
Mamo ja nie wiem – trochę się uspokoiła. Pozostawiła wzrok na oczach matki. Nie
była spokojna, ale już nie tak zdenerwowana. – Ale coś złego. Nie ufaj mu. – Puściła
ją. Wtedy pani Gray zrozumiała, że rozmowa jest skończona. Powoli się odwróciła
i odeszła. Nie powie o tym mężowi, szczególnie McCartneyowi, ani nikomu innemu
kto o to zapyta. Zostawi tę rozmowę w swojej głowie i głowie Annabeth.
Kiedy weszła do salonu Brandon Gray
uspokoił się już. Siedział w fotelu i oglądał wiadomości. Cornelia oklapła na
sofę i uśmiechnęła się do męża.
-
Już wszystko z nią w porządku. Doktor McCartney znów załagodził sytuację.
Ruchy gałek ocznych Annabeth były
przyspieszone. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Leżała na plecach,
ściskając dłonie w pięści, kurczowo trzymając się kołdry. Już nigdy w życiu nie
chciała ujrzeć tego człowieka. Przewróciła się na bok i spojrzała na krzyż,
wiszący na lewej ścianie. Wykonany był z ciemnego, mocnego drewna. Kiedy na
niego patrzyła, oczy zaszły jej łzami.
-
Ojcze, pomóż mi - wyszeptała. – Pomóż mi
– przełykała łzy. – Pomóż mi – walczyła, żeby szloch nie zdominował jej mowy. – Ojcze nasz, któryś jest w niebie, – zaczęła
modlitwę, klękając na łóżku. Ścisnęła dłonie ze sobą. Nie ocierała łez, nie
czuła potrzeby zatajania swoich uczuć. –
Przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja – poczuła ból w piersi, ale nie
przerywała: - Jako w Niebie tak i na
Ziemi – powoli oczy zaczęły jej odpływać w tył głowy. – I odpuść nam nasze grzechy, jako i my… -
Próbowała złapać oddech. – Jako i my
odpuszczamy… - Oczy jej się zamknęły, straciła panowanie nad ciałem. Nie
mogła mówić. Opadła na bok.
- No kochanie. Pora
sobie pospać, nie sądzisz? – Usłyszała
w głowie głos i wiedziała już, że tym razem znów nie wygra.
Państwo Gray podnieśli głowy w tym samym
czasie. W czasie, w którym usłyszeli kroki na korytarzu. Chwilę później do
salonu wkroczyła Annabeth. Biała koszula nocna, mocno zniszczona, zwisała na
niej, a skarpety niedbale założyła. Jednak przeczesała trochę włosy, teraz
spływały falami po ramiona, aż w miejsce, gdzie powinien być brzuch. Sięgnęła
po szklankę soku marchwiowego, którą przynieśli jej rodzice.
-
Jak się czujesz? – Zapytał ostrożnie ojciec.
-
Jak ktoś opętany – odpowiedziała zirytowana.
-
Nie jesteś opętana.
-
Doprawdy? – Usiadła na sofie obok matki i zabrała talerz z ciastem z kremem. Zapadła niezręczna cisza. Rodzice, a
zwłaszcza ojciec nie potrafił rozmawiać z córką po ataku.
-
Chcę wyjść – powiedziała po chwili Annabeth. – Chcę się przejść.
-
To chyba nie jest dobry pomysł, dziecko – matka pogłaskała ją po głowie.
Dziewczyna westchnęła zdenerwowana i wstała.
-
Tak? Chcecie żebym zwariowała?! –
Krzyczała. – Ja oszaleję! Oszaleję! Nie dość, że jestem opętana…
-
Nie jesteś…
-
Jestem! Jestem opętana! Opętana i zamknięta w domu! Ja oszaleję! Zwariuję, aż w
końcu sobie coś zrobię. Zrobię i to będzie wasza wina, bo zostałam opętana i nie mogę wyjść! Chcecie tego?! – Zabrała
nóż z komody, który stał obok ciasta. – Każdy by zwariował! – Przyłożyła go do
ręki.
-
Annabeth!
-
Zamknięta w czterech ścianach z demonem w sobie!
-
To nie de….
-
Aaaaagh!- Zacisnęła nóż, a z ręki popłynęła strużka krwi.
-
Annabeth! – krzyczała jej matka raz za razem. Brandon wstał, wyrzucił z jej
ręki nóż, chwycił za nadgarstki i przykuł do ściany.
-
Tato - jej głos złagodniał. – Wezmę ze
sobą lek. Tym razem po prostu o nim zapomniałam. – Pan Gray westchnął, przetarł
dłonią twarz i pomyślał chwilę.
-
Pójdziesz. Możesz iść, ale masz wziąć lek.
-
Tak! Wezmę - prawie podskoczyła.
Przeszła pod ręką ojca i rzuciła się biegiem na górę.
-
Jeśli coś jej się stanie, to wiedz, że to twoja wina – usłyszał Brandon za
plecami.
-
Ona ma dwadzieścia lat, kobieto – odwrócił się. – A ja nie chcę, żeby nas
znienawidziła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz