środa, 2 listopada 2016

"POD WŁADZĄ BOGINI"| Rozdział pierwszy

Znowu miała napad.
     Kiedy tylko Cornelia Gray usłyszała krzyki i trzaski nad sobą, odrzuciła gazetę kucharską, z której uczyła się właśnie jak zrobić zapiekankę z ziemniaków i kalafiora i ruszyła biegiem po schodach. Przyparła do drzwi i nadusiła klamkę z całych sił. Z żalem zauważyła, że pokój był zamknięty na klucz. Szarpała się z drzwiami, kiedy pod mocnym naporem, w końcu dały za wygraną.
     Jej córka wiła się i rzucała na ogromnym łożu. Baldahim leżał kilka metrów dalej cały poszarpany. Annabeth wykrzykiwała słowa z taką siłą, że matka przeraziła się, że rozszarpie sobie gardło. Oczy córki zwróciły się w jej stronę, ale zdawały się jej nie zauważać. Widząc bladą, spoconą i rozgniewaną twarz córki pani Gray westchnęła bezradnie i oparła się o framugę. Zakręciło jej się w głowie. Patrzyła, jak córka mówi w nieznanym jej języku, kiedy rzuciła się na nią i ciężarem przygwoździła do łóżka. Wiedziała, że ona cierpi, ale nie mogła zrobić nic innego.
     Usłyszała, że ktoś również podchodzi do łóżka. Nie patrząc na tę osobę, wiedziała, że to jej mąż, Brandon Gray. Przyszpilił dłonie i nogi Annabeth w ułamku sekundy, zaraz po tym, gdy ona napięła mięśnie i zrzuciła z siebie matkę, która wylądowała na miękkim dywanie. Dziewczyna mocno się szarpała, ale nie był to jej najgorszy atak, więc ojciec, z trudem, ale zdołał ją przytrzymać. Jego smutne oczy odnalazły wzrok pani Gray i potaknął głową. Ona wiedziała o co chodzi. Mąż zadzwonił już po tego starego doktora McCartneya. Cornelia zauważyła za okularami Brandona łzy, które cudem jeszcze nie wypłynęły. Ona sama czuła się okropnie. Zasłoniła łokciem twarz, nie lubiła, gdy ktoś widział jej słabość. Była dość powściągliwa, nawet jeśli chodzi o własną córkę i męża.
     Wyszła z sypialni, z trudem ignorując diabelskie lamenty.

     Gdy usłyszała głośne pukanie do drzwi, odsunęła kciuka od ust i spojrzała na korytarz. Z palca płynęła jej krew, takim samym strumieniem, jak łzy na policzku. Nie troszczyła już się nawet, żeby je ukryć. Po prostu wstała i wyszła. Za szklanym okienkiem w drzwiach frontowych zauważyła doktora McCartneya. Gdy ten pochwycił jej wzrok, uśmiechnął się, próbując dodać jej otuchy, ale ona tylko beznamiętnie się w niego wpatrywała. Zrezygnował więc z dalszych prób i spuścił głowę. Pani Gray chwyciła za klamkę i jednym ruchem otworzyła drzwi. Doktor westchnął i bez słowa ruszył na górę. Od bardzo  dawna już się tak komunikowali. Bez słów. Były one im niepotrzebne, zbędne w ich relacjach. Cornelia poszła za nim.
     Doktor zapukał lekko do drzwi. Nie otrzymał sygnału z drugiej strony, więc zrobił to jeszcze raz mocniej. Pani Gray przewróciła oczami. Wiedziała, że doktor stara się, żeby w takich momentach Annabeth zachowała resztki godności, żeby pokazać, że jest w porządku, ale to było bezsensu. Wiedziała to ona, wiedział to jej mąż i wiedział to sam doktor. W  tamtej chwili potrzebny był czas, a doktor marnował go na pukanie, wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi.
     Cornelia otworzyła drzwi szarpnięciem i prawie wbiegła do pokoju. Jej mąż siedział na krześle przy drzwiach, ciężko oddychając, zlany potem, a córka kuliła się w kącie naprzeciwko. Jej falowane, prawie czarne włosy były poczochrane, oczy, w które nie dało się nawet patrzeć, przepełniało szaleństwo, a szczęka mocno ściśnięta. Ubranie zwisało z jej chudego ciała, a jeszcze kilka lat temu dziewczyna miała nadwagę. Nie była gruba, ale też nie chuda. Teraz można było grać na jej kościach.
- Annabeth? – Zaczął powoli doktor McCartney, chowając zapłakaną Cornelię za swoimi plecami. – Wiem, że tam jesteś. Pozwól sobie pomóc.
     Dziewczyna charczała i wpatrywała się w niego złowieszczo, że każdy normalny człowiek już dawno by uciekł. Jednak doktor McCartney nie był normalny. Czekał przed nią, zachęcająco wyciągając rękę. Annabeth przeniosła wzrok z jego twarzy na dłoń i z powrotem w oczy. Warknęła i rzuciła się w kierunku doktora, który w ostatniej chwili odskoczył z cichym okrzykiem. Dziewczyna wpadła w objęcia ojca, wijąc się szałaputnie, drapiąc i powarkując. On ją przytrzymał, a zaraz obok zjawił się doktor pomagając Brandonowi. Ułożyli ją na łóżku i przytrzymali. McCartney podbiegł do swojej skórzanej torby, otworzył ją i wyciągnął długą strzykawkę z płynem nasennym. Chwycił Annabeth za nadgarstek, wykręcił jej rękę i wbił igłę, jakby to było zwykłe pobranie krwi. Jeszcze przez chwilę się rzucała, a zaraz potem zupełnie odpłynęła, powoli opadając na poduszkę. Brandon i McCartney wyprostowali się niemalże w tej samej chwili i spojrzeli na panię Gray, która otarła pot z czoła i ciężko usiadła. 
- Wiedzą państwo, że teraz muszę przeprowadzić trudne badanie, więc proszę o opuszczenie jej sypialni – powiedział doktor ze spokojem, który zaniepokoiłby tylko szaleńca. Państwo Gray potaknęli i wyszli, trzymając się, jakby zwykły dotyk mógł wszystko naprawić. McCartmey zamknął lekko za nimi drzwi.

- Pani Gray! – Cornelia otworzyła oczy. Cała ta sytuacja tak ją zmęczyła, że zasnęła na kolanach męża, który nieprzytomnie wpatrywał się w jakiś punkt w pokoju i gładził jej włosy. Kobieta położyła mu dłoń na ramieniu i podniosła się trochę. – Już można! – Usłyszała głos z piętra i zerwała się.
- Dziękujemy doktorze McCartney – powiedziała pani Gray, patrząc na córkę, leżącą na prawym boku w rogu łóżku, odwrócona do nich plecami.
- To moja praca – odpowiedział, zapinając torbę. – Rozliczymy się pod koniec miesiąca.
     Pani Gray pokiwała głową i uklękła przed łóżkiem. Usłyszała, że doktor wychodzi, więc położyła delikatnie dłoń na plecach córki.
- Hej, kochanie – zaczęła łagodnie. – Już wszystko w porządku. Niedługo wyzdrowiejesz i wszystko będzie w porządku – westchnęła. – Chciałabyś zostać sama? – Nie dostała odpowiedzi, więc podniosła się – zostawię cię. Jak poczujesz się lepiej możesz zejść do mnie i do ojca na dół.
     Annabeth momentalnie się odwróciła. Przeszyła matkę wystraszonym wzrokiem i chwyciła za koszulkę, ciągnąc do siebie. Pani Gray jęknęła i uczepiła się ręki córki, próbując oswobodzić się z jej uścisku.
- Mamo – szepnęła Annabeth. W jej głosie słychać było ogromny strach, ale zluźniła nieco uścisk. – Mamo, on robi coś złego. Nie pozwól mu tu więcej przychodzić, on robi… On jest zły… Zły. Mamo… Mamo! Boję się. Proszę, nie wpuszczaj go. Zostań ze mną. Mamo!
     Pani Gray zrobiła wielkie oczy. Jej dwudziestoletnia córka tylko raz w życiu tak się zachowywała. Gdy zachorowała. Gdy miała swój pierwszy napad.
- Kto? O kogo chodzi?
- Mamo, boję się. On jest zły! – Jej wzrok latał po pokoju, jakby rozglądała się w szybkim tempie. Nawet się trzęsła. – Kto? Doktor McCartney.
- Anna… Annabeth… - Pani Gray próbowała dobrać słowa. – Doktor McCartney stara ci się pomóc. Co złego planuje?
- Mamo ja nie wiem – trochę się uspokoiła. Pozostawiła wzrok na oczach matki. Nie była spokojna, ale już nie tak zdenerwowana. – Ale coś złego. Nie ufaj mu. – Puściła ją. Wtedy pani Gray zrozumiała, że rozmowa jest skończona. Powoli się odwróciła i odeszła. Nie powie o tym mężowi, szczególnie McCartneyowi, ani nikomu innemu kto o to zapyta. Zostawi tę rozmowę w swojej głowie i głowie Annabeth.
     Kiedy weszła do salonu Brandon Gray uspokoił się już. Siedział w fotelu i oglądał wiadomości. Cornelia oklapła na sofę i uśmiechnęła się do męża.
- Już wszystko z nią w porządku. Doktor McCartney znów załagodził sytuację.

     Ruchy gałek ocznych Annabeth były przyspieszone. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Leżała na plecach, ściskając dłonie w pięści, kurczowo trzymając się kołdry. Już nigdy w życiu nie chciała ujrzeć tego człowieka. Przewróciła się na bok i spojrzała na krzyż, wiszący na lewej ścianie. Wykonany był z ciemnego, mocnego drewna. Kiedy na niego patrzyła, oczy zaszły jej łzami.
- Ojcze, pomóż mi -  wyszeptała. – Pomóż mi – przełykała łzy. – Pomóż mi – walczyła, żeby szloch nie zdominował jej mowy. – Ojcze nasz, któryś jest w niebie, – zaczęła modlitwę, klękając na łóżku. Ścisnęła dłonie ze sobą. Nie ocierała łez, nie czuła potrzeby zatajania swoich uczuć. – Przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja – poczuła ból w piersi, ale nie przerywała: - Jako w Niebie tak i na Ziemi – powoli oczy zaczęły jej odpływać w tył głowy. – I odpuść nam nasze grzechy, jako i my… - Próbowała złapać oddech. – Jako i my odpuszczamy… - Oczy jej się zamknęły, straciła panowanie nad ciałem. Nie mogła mówić. Opadła na bok.
- No kochanie. Pora sobie pospać, nie sądzisz? – Usłyszała w głowie głos i wiedziała już, że tym razem znów nie wygra.

     Państwo Gray podnieśli głowy w tym samym czasie. W czasie, w którym usłyszeli kroki na korytarzu. Chwilę później do salonu wkroczyła Annabeth. Biała koszula nocna, mocno zniszczona, zwisała na niej, a skarpety niedbale założyła. Jednak przeczesała trochę włosy, teraz spływały falami po ramiona, aż w miejsce, gdzie powinien być brzuch. Sięgnęła po szklankę soku marchwiowego, którą przynieśli jej rodzice.
- Jak się czujesz? – Zapytał ostrożnie ojciec.
- Jak ktoś opętany – odpowiedziała zirytowana.
- Nie jesteś opętana.
- Doprawdy? – Usiadła na sofie obok matki i zabrała talerz z ciastem z  kremem. Zapadła niezręczna cisza. Rodzice, a zwłaszcza ojciec nie potrafił rozmawiać z córką po ataku.
- Chcę wyjść – powiedziała po chwili Annabeth. – Chcę się przejść.
- To chyba nie jest dobry pomysł, dziecko – matka pogłaskała ją po głowie. Dziewczyna westchnęła zdenerwowana i wstała.
- Tak? Chcecie żebym  zwariowała?! – Krzyczała. – Ja oszaleję! Oszaleję! Nie dość, że jestem opętana…
- Nie jesteś…
- Jestem! Jestem opętana! Opętana i zamknięta w domu! Ja oszaleję! Zwariuję, aż w końcu sobie coś zrobię. Zrobię i to będzie wasza wina, bo zostałam opętana  i nie mogę wyjść! Chcecie tego?! – Zabrała nóż z komody, który stał obok ciasta. – Każdy by zwariował! – Przyłożyła go do ręki.
- Annabeth!
- Zamknięta w czterech ścianach z demonem w sobie!
- To nie de….
- Aaaaagh!- Zacisnęła nóż, a z ręki popłynęła strużka krwi.
- Annabeth! – krzyczała jej matka raz za razem. Brandon wstał, wyrzucił z jej ręki nóż, chwycił za nadgarstki i przykuł do ściany.
- Tato -  jej głos złagodniał. – Wezmę ze sobą lek. Tym razem po prostu o nim zapomniałam. – Pan Gray westchnął, przetarł dłonią twarz i pomyślał chwilę.
- Pójdziesz. Możesz iść, ale masz wziąć lek.
- Tak! Wezmę -  prawie podskoczyła. Przeszła pod ręką ojca i rzuciła się biegiem na górę.
- Jeśli coś jej się stanie, to wiedz, że to twoja wina – usłyszał Brandon za plecami.

- Ona ma dwadzieścia lat, kobieto – odwrócił się. – A ja nie chcę, żeby nas znienawidziła. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz